4 września 2026 roku mija sto lat od urodzin Ivana Illicha — księdza, historyka, krytyka instytucji, człowieka, który w latach siedemdziesiątych przekonał sporą część zachodniej opinii publicznej, że szkoła może szkodzić uczeniu się, medycyna zdrowiu, a transport mobilności. Rocznica jest obchodzona na całym świecie w sposób, który sam Illich zapewne by zaaprobował: nie konferencjami plenarnymi w hotelowych salach, lecz kolacjami. Sieć spotkań zapowiedziana na pierwszy weekend września ma polegać na tym, że ludzie zbierają się przy stołach — talerz spaghetti, wino, świeca, jedno nakrycie więcej dla gościa, który może się zjawić. To był, dosłownie, jego przepis na konwiwialność.
Dla stowarzyszenia zajmującego się badaniem przyszłości Illich jest postacią kłopotliwą i dlatego wartą uwagi. Kłopotliwą, bo w wywiadzie z 1986 roku rzucił zdanie, które brzmi jak wypowiedzenie wojny całej naszej branży: „Do diabła z przyszłością!”. Nazwał ją bożkiem żywiącym się ludźmi i dodał, że przyszłość mają instytucje, a ludzie mają wyłącznie nadzieję. Warto zrozumieć, co dokładnie chciał przez to powiedzieć, bo nie chodziło mu o to, żeby przestać myśleć naprzód.
Życiorys jako eksperyment
Urodził się w Wiedniu jako Ivan Dominic Illich. Ojciec, Gian Pietro, pochodził z ziemiańskiej rodziny dalmatyńskiej ze Splitu; matka, Ellen Rose Regenstreif-Ortlieb, wywodziła się z wiedeńskich Żydów sefardyjskich. Po Anschlussie ustawy norymberskie uczyniły z niego osobę niepełnowartościową rasowo; rodzina wyjechała do Włoch. Studiował krystalografię we Florencji, teologię i filozofię na Gregorianum w Rzymie, a doktorat obronił w Salzburgu, z historiozofii Arnolda Toynbeego. Znał biegle kilka języków, kolejnych kilka prawie równie dobrze. Zamiast kariery w dyplomacji watykańskiej, do której go przygotowywano, poprosił o parafię na nowojorskim Washington Heights, wśród portorykańskich imigrantów. Miał dwadzieścia kilka lat. W 1956 roku, w wieku trzydziestu lat, został wicerektorem Katolickiego Uniwersytetu w Ponce w Portoryko. Cztery lata później wyleciał stamtąd po konflikcie z lokalnym episkopatem.
W 1961 roku założył w meksykańskiej Cuernavace CIDOC — Centro Intercultural de Documentación. Formalnie: ośrodek przygotowujący północnoamerykańskich misjonarzy i wolontariuszy do pracy w Ameryce Łacińskiej. Faktycznie: instytucja, której celem było zniechęcenie ich do wyjazdu. Kulminacją tej logiki było wystąpienie z 1968 roku, do dziś krążące pod tytułem To Hell with Good Intentions — Illich powiedział amerykańskim studentom-wolontariuszom, że najlepszym, co mogą zrobić dla Meksyku, jest zostać w domu. Nie dlatego, że są źli, tylko dlatego, że ich dobre intencje są opakowaniem dla eksportu określonego modelu życia. W tym samym roku wezwała go Kongregacja Nauki Wiary. W 1969 zrezygnował z publicznego wykonywania kapłaństwa — nie występując z Kościoła i nie przestając uważać się za księdza. W 1976 roku CIDOC zamknięto, decyzją samych uczestników, żeby nie zdążył stać się instytucją. To bardzo Illichowski gest. Ostatnie ćwierćwiecze życia poświęcił historii ciała, zmysłów, wody, tekstu i czytania — tematom pozornie odległym od jego głośnych pamfletów, w istocie stanowiącym ich fundament. Wykładał w Penn State i w Bremie. Przez ostatnią dekadę żył z rosnącym guzem na twarzy, którego świadomie nie leczył, powołując się na prawo do „umierania bez diagnozy”. Zmarł w Bremie 2 grudnia 2002 roku.
Aparat pojęciowy
Illich nie zbudował systemu, ale zostawił zestaw narzędzi analitycznych o zaskakującej trwałości. Cztery są dla nas najważniejsze.
Dwa progi. Każda instytucja i każda technologia przechodzi w swoim rozwoju dwa punkty krytyczne. Za pierwszym progiem rzeczywiście rozwiązuje problem, dla którego powstała. Za drugim — zaczyna go wytwarzać. Medycyna między pierwszym a drugim progiem leczy; za drugim progiem produkuje chorobę i przejmuje kontrolę nad definicją zdrowia. Kluczowe jest to, że przekroczenie drugiego progu nie wynika z nadużycia ani z błędu — wynika z sukcesu i skali.
Kontrproduktywność. Konsekwencja powyższego. Nie chodzi o to, że instytucja działa źle, tylko o to, że działając dobrze i intensywnie, wytwarza dokładnie odwrotność swojego celu. Autostrada unieruchamia. Szkoła oducza uczenia się. Szpital wywłaszcza ze zdrowia. Pojęcie zostało po nim przejęte przez ekonomię ekologiczną i nurt degrowth.
Monopol radykalny. Nie monopol firmy na rynku, lecz monopol całego rodzaju rozwiązania na zaspokajanie potrzeby. Samochód nie musi być monopolistą jako marka — wystarczy, że przeorganizuje przestrzeń tak, że chodzenie pieszo przestaje być realną opcją. Monopol radykalny nie zabrania alternatyw; sprawia, że stają się absurdalne.
Konwiwialność. Termin, który w polszczyźnie brzmi obco, a po angielsku mylnie sugeruje biesiadną wesołość. Illich odwoływał się do Tomasza z Akwinu i cnoty eutrapelii. Narzędzie konwiwialne to takie, którym ja posługuję się jako podmiot — a nie takie, które posługuje się mną, wymagając ode mnie obsługi, licencji i pośrednika. Telefon jest konwiwialny, autostrada nie. Rower jest, samolot nie. Rzecz nie w poziomie zaawansowania technicznego, lecz w tym, po której stronie relacji stoi człowiek.
Do tego dochodzą pojęcia węższe, ale operacyjnie użyteczne: jatrogeneza w trzech odmianach (kliniczna — szkody wyrządzone przez leczenie; społeczna — medykalizacja kolejnych obszarów życia; kulturowa — utrata zdolności do znoszenia bólu, starzenia się i umierania jako doświadczeń sensownych); praca w cieniu (shadow work) — nieodpłatna praca wymuszona przez gospodarkę rynkową, od dojazdu do biura po wypełnianie formularzy; wernakularność — to, co ludzie wytwarzają dla siebie poza wymianą rynkową i poza usługą profesjonalną; zawody kaleczące (disabling professions) — profesje, które definiują potrzebę, orzekają o jej zaspokojeniu i w ten sposób unieważniają kompetencje laika. I jeszcze jedno, poza katalogiem: corruptio optimi quae est pessima. Późna teza Illicha, rozwinięta w rozmowach z Davidem Cayleyem wydanych pośmiertnie jako The Rivers North of the Future, głosi, że nowoczesność nie jest odejściem od chrześcijaństwa, lecz jego zepsuciem. Wolna, nieuzasadniona i osobista miłość Samarytanina została w chrześcijaństwie zinstytucjonalizowana — a to, co powstało z prób jej administrowania, dało nam usługę socjalną, system opieki i profesjonalnego opiekuna. Najgorsze bierze się z zepsucia najlepszego.
Illich a myślenie o przyszłości
Wróćmy do „bożka żywiącego się ludźmi”. Illich atakował nie namysł nad tym, co będzie, lecz konkretną figurę: przyszłość jako zasób, który się posiada, planuje i zarządza. W Odszkolnić społeczeństwo przeciwstawił nadzieję i oczekiwanie. Nadzieja to ufność w dobro drugiego człowieka i w to, czego nie da się zaprogramować. Oczekiwanie to poleganie na rezultacie zaplanowanym i wyprodukowanym przez człowieka. Społeczeństwo, które zamienia nadzieję na oczekiwanie, zamienia też ludzi w klientów systemu, który ma dostarczyć umówiony wynik.
To rozróżnienie jest dla praktyki foresightowej znacznie bardziej użyteczne niż jego antyplanistyczna retoryka. Czytelnikom obeznanym z Futures Literacy w wersji Riela Millera narzuca się analogia: Illichowskie „oczekiwanie” jest bliskie anticipation for the future — antycypacji nastawionej na optymalizację i przygotowanie, natomiast „nadzieja” ma strukturę anticipation for emergence: gotowości na to, co nie mieści się w istniejących kategoriach. Illich dorzuca jednak coś, czego w FL brakuje, a mianowicie twardą tezę o kosztach ustrojowych samej infrastruktury antycypacyjnej. Aparat prognozowania też jest narzędziem i też ma swój drugi próg. Nie tylko my patrzymy w przyszłość; przyszłość jako kategoria administracyjna patrzy na nas.
To jest, moim zdaniem, najcenniejsze wyzwanie, jakie Illich stawia naszemu środowisku. Foresight partycypacyjny, warsztaty scenariuszowe, badania delfickie i mapy drogowe są narzędziami. Pytanie Illichowskie brzmi: czy w konkretnym zastosowaniu poszerzają zdolność ludzi do samodzielnego wyobrażania sobie własnego losu — czy raczej wytwarzają nową profesję, która orzeka, jaka przyszłość jest wiarygodna, i tym samym unieważnia intuicje laików? Odpowiedź nie jest oczywista i zależy od praktyki.
Dlaczego akurat teraz
Illich zniknął z głównego nurtu w latach osiemdziesiątych i wraca od mniej więcej dekady. Powodów jest kilka. Po pierwsze, niemal cały jego aparat pojęciowy daje się przyłożyć do analizy sztucznej inteligencji niemal bez modyfikacji. Nie chodzi o to, czy jeden dostawca zdominuje rynek, lecz o to, czy pisanie bez asysty modelu pozostanie realną opcją, czy stanie się dziwactwem. Narzędzie, które miało oszczędzić czas, generuje treść, której weryfikacja pochłania ten czas z nawiązką, więc jest kontrproduktywne. Jatrogeneza kulturowa Illicha również ma tu zastosowanie utrata zdolności, o której nie wiemy, że ją tracimy, bo narzędzie kompensuje jej brak. Illich zresztą dotknął tego wprost — w wykładzie Silence is a Commons, wygłoszonym w Tokio w 1982 roku, argumentował, że komputery grodzą ostatnie dobro wspólne, jakim jest cisza i możliwość mówienia bez pośrednictwa maszyny.
Po drugie, żyjemy w czasach, w których medycyna musi odpowiadać na coraz wyższe wymagania społeczeństwa. Medykalizacja, przesiewy o niejasnym bilansie, nadrozpoznawalność, „choroby przedchorobowe”, quantified self, przemysł długowieczności, wszystkie one spotykają się z krytycznymi ocenami. Dyskusja o overdiagnosis, którą prowadzą dziś epidemiolodzy jest bezpośrednim potomkiem Medical Nemesis — choć rzadko się do tego pokrewieństwa przyznaje.
Po trzecie, Illich podsuwa nam wartościowe pomysły co do przyszłości systemów energetycznych. Energy and Equity (1974) Illich sformułował tezę, którą warto przypomnieć w epoce transformacji energetycznej: kryzys energetyczny nie jest kryzysem podaży, lecz kryzysem sprawiedliwości. Powyżej pewnego progu prędkości transport przestaje wyrównywać szanse i zaczyna produkować nierówność, bo ci, którzy poruszają się szybko, konsumują czas i przestrzeń tych, którzy poruszają się wolno. Zilustrował to obliczeniem, które zrobiło karierę: statystyczny Amerykanin poświęcał wówczas samochodowi ponad 1600 godzin rocznie — zarobek na ratę, paliwo, ubezpieczenie i mandaty, plus czas w fotelu — po czym pokonywał 7500 mil, co daje prędkość efektywną poniżej 5 mil na godzinę. Mniej więcej tempo marszu. Warto ten rachunek przeprowadzić dla samochodu elektrycznego i dla zdalnej pracy.
Wreszcie Illich, obok Nicholasa Georgescu-Roegena i André Gorza, jest jednym z patronów nurtu postwzrostowego, i to on wniósł do niego pojęcie granicy nie jako fizycznego limitu zasobów, lecz jako świadomie wybranego progu politycznego.
Zastrzeżenia, których nie należy pomijać
Medical Nemesis jest empirycznie najsłabszą z jego książek. Illich opierał się na tezie McKeowna, że o wydłużeniu życia zdecydowały warunki bytowe, a nie medycyna. Teza ta była w latach siedemdziesiątych rozsądna, dziś jest mocno kwestionowana, zwłaszcza wobec tego, co wydarzyło się później: terapii antyretrowirusowej, onkologii, kardiologii interwencyjnej, szczepień. Illich nie był przeciwnikiem leczenia, tylko medykalizacji, ale jego argumentacja bywa dziś przechwytywana przez ruchy, z którymi nie chciałby mieć nic wspólnego. Czytając go, warto tę granicę pilnować.
Odszkolnić społeczeństwo spotkało się z zarzutem — sformułowanym najostrzej przez Herberta Gintisa i Samuela Bowlesa — że likwidacja obowiązku szkolnego bez zmiany struktury klasowej uderzy najmocniej w dzieci, dla których szkoła jest jedyną windą i jedyną osłoną. Illich niewiele miał do powiedzenia o tym, kto miałby przeprowadzić postulowaną przez niego zmianę i w czyim interesie. Nie zbudował teorii politycznej przejścia — i to jest bodaj główna słabość całego dorobku. Książka Gender (1982) została odrzucona przez większość ówczesnej krytyki feministycznej jako romantyzowanie przednowoczesnej komplementarności płci. Zarzut ten nie jest bezpodstawny. Wreszcie: w całym pisarstwie Illicha obecna jest tęsknota za światem wernakularnym, która bywa nostalgią. Subsystencja bez rynku i bez usługi publicznej bywała też światem bardzo krótkiego życia.
Co z tego wynika dla praktyki
Cztery pytania, które warto włożyć do standardowego zestawu narzędzi analitycznych:
- Gdzie jest drugi próg? Zamiast pytać, ile danej technologii będzie w 2040 roku, warto zapytać, przy jakim natężeniu zacznie ona wytwarzać problem, który ma rozwiązywać, i po jakich wskaźnikach to rozpoznamy — najlepiej z wyprzedzeniem.
- Kto zdefiniował tę potrzebę? Illich traktował „potrzeby” jako artefakty historyczne, produkowane wraz z usługą, która ma je zaspokoić. W scenariuszach popytowych to pytanie potrafi wywrócić stół.
- Ile pracy w cieniu przybędzie? Każda transformacja — cyfryzacja usług publicznych, samoobsługa, elektromobilność, opieka deinstytucjonalizowana — przenosi część pracy na obywatela i tej pracy nie widać w żadnym bilansie. Warto ją policzyć.
- Czy to narzędzie jest konwiwialne? Czyli: czy użytkownik pozostaje przy nim podmiotem, czy staje się operatorem obsługującym system w imieniu systemu.
To nie jest pełna metodologia i Illich by się na taką listę zżymał. Ale dla praktyka foresightu jest to zestaw pytań, które konsekwentnie prowadzą w miejsca, gdzie standardowe metody nie zaglądają.
Co czytać
Po polsku dostępna jest właściwie jedna książka, za to w dwóch przekładach: Społeczeństwo bez szkoły (PIW 1976, tłum. Barbara Białecka ze wstępem prof. Suchodolskiego) oraz nowe tłumaczenie Odszkolnić społeczeństwo (Fundacja Bęc Zmiana 2010) — to drugie wydanie zawiera wstęp Piotra Laskowskiego, tekst biograficzny Hanny Kostyło i rozmowę Jana Sowy ze Zbigniewem Liberą. Reszta dorobku, łącznie z Tools for Conviviality i Medical Nemesis, na polski nie została przełożona. Dla stulecia byłby to zresztą całkiem konkretny pomysł na inicjatywę wydawniczą.
Po angielsku: Deschooling Society (1971), Tools for Conviviality (1973), Energy and Equity (1974), Limits to Medicine / Medical Nemesis (1975), Shadow Work (1981), In the Vineyard of the Text (1993). Do tego trzy tomy Davida Cayleya: Ivan Illich in Conversation (1992), The Rivers North of the Future (2005) i monumentalna biografia intelektualna Ivan Illich: An Intellectual Journey (2021). Większość tekstów Illicha krąży legalnie w sieci, zgodnie z jego własną wolą
