„You’re from Poland then? What do you think about Friedman’s prognosis?” – takie właśnie pytanie słyszymy w PTSP najczęściej, gdy przedstawiamy się zagranicznym decydentom i naszym kolegom po futurologicznym fachu.

George Friedman to znana marka – szanowany w USA politolog, ekspert do spraw współczesnej wojskowości i strategii wojennej, współzałożyciel i wieloletni szef pierwszej komercyjnej agencji wywiadowczej STRATFOR. Uwagę badaczy przyszłości wzbudził zaś dzięki wydanej w 2009 roku książce Next 100 years. A forecast for 21st Century (polski tytuł Następne 100 lat. Prognoza na XXI wiek), która szturmem wdarła się na listy bestsellerów na całym świecie (m.in. NYT), tym samym stając się najpopularniejszym tytułem futurologicznym ostatniego dwudziestolecia. Tę zaskakującą popularność książka zawdzięcza – a jakżeby inaczej – kontrowersyjnej tezie. Otóż zdaniem Friedmana w ciągu najbliższych stu lat przy brydżowym stoliku wielkich tego świata zasiadać będą USA, Japonia, Turcja i… Polska.

Istny balsam na nasze obolałe dusze i lekarstwo na narodowe kompleksy, prawda? I choć romantyczne hasło, bijące w oczy z okładki polskiego wydania – “Mocarstwo nad Wisłą?” – jest mocno na wyrost, to nie da się ukryć, że spełniło sprzedażowe oczekiwania wydawcy. Następne 100 lat rozchodziło się doskonale, a informacja o bliskiej, świetlanej przeszłości przetoczyła się przez wszystkie znaczące media w kraju.

CO Z TĄ POLSKĄ, CZYLI KOSMICZNA HUSARIA NA HIPERDŹWIĘKOWYCH RUMAKACH

Nie chciałbym bardzo szczegółowo przedstawiać przyszłego toku wydarzeń według Friedmana – robiono to już nie raz, zarówno na łamach prasy,jak i stron internetowych. Streszczę ją tu jednak pokrótce, czyniąc zadość obowiązkom kronikarza.

Wiek XXI to wiek dominacji Stanów Zjednoczonych. Bieg wydarzeń na świecie wynika bezpośrednio z celów i strategii USA, toteż pierwszą odsłoną przyszłości jest nowa zimna wojna między USA i Rosją. W jej wyniku Rosja ostatecznie traci pozycję światowej superpotęgi. Nie znosząca pustki natura, zastępuje Rosję na geopolitycznej mapie wpływów Japonią, Turcją oraz sojuszem krajów Europy środkowo-wschodniej pod wodzą Polski, jako lidera regionu (Friedman nazywa tę grupę mianem „Polish Bloc”, choć bardziej odpowiednia wydaje się nazwa Wyszehrad+). Oczom globalnej społeczności ukazuje się nowe oblicze świata.

Bardzo dobre stosunki między nową Wielką Trójcą, a USA szybko zaczynają się psuć. U progu szóstej dekady Japonia i Turcja, interpretujące twardą politykę USA jako bezpośrednie zagrożenie swojej suwerenności, formują koalicję antyamerykańską, do której później dołączą także Niemcy. W tej sytuacji „Polish Bloc” staje się naturalnym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. W roku 2052, w Święto Dziękczynienia wybucha Trzecia Wojna Światowa – inna, niż wszystkie konflikty, jakie do tej pory widział świat; wojna, która choć sięgnie nawet przestrzeni kosmicznej, pochłonie nie więcej niż 50 tysięcy ofiar – głównie żołnierzy, przy minimalnym przelewie krwi cywilów.

Z tego konfliktu rodem z powieści science-fiction zwycięsko wychodzą oczywiście USA i ich sojusznicy. Zaczyna się złoty wiek kultury amerykańskiej (chyba już kolejny…). Polska w wyniku działań wojennych najpoważniej dotknięta zniszczeniami infrastrukturalnymi, poszerza swą strefę wpływów i znów sięga od morza do morza. Korzystając z gigantycznego wsparcia USA, nasz kraj powoli zaczyna urastać do rangi światowej potęgi. Fakt ten nie umyka uwadze Wuja Sama. Przyjacielskie stosunki szybko ulegają ochłodzeniu, a Polacy znów czują się oszukani i zdradzeni.

Tymczasem za Atlantykiem pojawia się widmo nowego kryzysu, który tym razem ma źródło w wymuszonych demografią korektach polityki emigracyjnej USA – korzysta na nich Meksyk. Dwudzieste drugie stulecie otworzy pierwszy od trzystu lat konflikt, w którym amerykańskie terytorium będzie bezpośrednio zagrożona inwazją wrogich wojsk.

Tu kończy się stuletnia wieszczba, która zelektryfikowała futurologiczny światek w 2009 roku.

GEOPOLITYCZNA ANALIZA NA PRAWACH ROZGRYWKI SZACHOWEJ

Intrygująca wizja, nieprawdaż? Jednak dla fascynata futurologii równie, jeśli nie bardziej zajmująca, jest odpowiedź na pytanie „Jak przewidzieć losy świata na tak długi okres”?

Odpowiedź Friedmana jest prosta – żadne skomplikowane futures' research methodologies, żadne tam badania delfickie, drzewa trendów i zbiorowe inteligencje! Do wyznaczenia głównych kierunków rozwoju sytuacji geopolitycznej potrzeba jedynie żelaznej logiki i najnowszego wydania atlasu geograficznego!

Friedman wychodzi z założenia, że powołaniem ludzkości jest tworzenie wielkich grup społecznych. Są to oczywiście narody – każdy z nich ulokowany w innym miejscu na Ziemi i każdy mający własne interesy, często sprzeczne z interesami sąsiadów. Jest to nic innego jak bezpośrednie przełożenie klasycznego twierdzenia Adama Smitha o racjonalności działań jednostki na poziom narodów. 

Przyjęcie takiej perspektywy pociąga za sobą wymóg uczynienia z konfliktu głównego napędu, zaś z geografii kierunku rozwoju sytuacji międzynarodowej. Znamy to skądinąd – żelazna konsekwencja ducha dziejów, przenikająca heglowską dialektykę… i wzorowana na niej doktryna walki klas Marksa. Wszystko to brzmi bardzo znajomo! Zrozumienie zasad, wedle których “dzieją się dzieje” ma, zdaniem tych filozofów, umożliwić pewne orzekanie o przyszłości. Podobnie Friedman – poddając dane geopolityczne logicznej analizie szkicuje optymalne strategie dla każdego z kluczowych graczy i bez zagłębiania się w szczegóły zakłada, że muszą one być wcielone w życie. Tym samym jest w stanie prognozować nawet na tak długi czas, jak 100 lat, płynnie przechodząc od jednej konfiguracji geopolitycznej do następnej.

Pojawia się tutaj diametralna różnica między metodologiami studiów nad przyszłością, a geopolitycznym narzędziem, które stosuje założyciel STRATFORu. Studia nad przyszłością skupiają się na stworzeniu możliwie wielu prawdopodobnych scenariuszy – o różnych stopniach ogólności w zależności od potrzeb badaczy i celu samego badania – oraz ewentualnym opisaniu strategii realizacji pożądanego scenariusza. Friedman zaś mówi wprost – jest tylko jedna droga, którą będzie podążała ludzkość. Początkową wielość możliwości minimalizują właściwości świata, w którym przyszło nam żyć.

Czy takie podejście jest słuszne? Friedman broni geopolitycznej metody przez porównanie do partii szachowej. Każdy z z graczy ma do wyboru dokładnie dwadzieścia możliwych ruchów otwierających. Jednak reguły gry są tak skonstruowane, że z puli dwudziestu ruchów zaledwie kilka przynosi jakieś korzyści; ma jakiś sens. To samo obserwujemy w geopolityce: reguły gry – uwarunkowania geograficzne, zasoby naturalne, dostępna technologia – ograniczają graczy, pozostawiając im tylko kilka sensownych strategii działania. 

„Nie posiadam szklanej kuli” stwierdza Friedman we wstępie, doskonale zdając sobie sprawę, że jego prognoza nie może być szczegółowa – ani pod względem czasowego następstwa, ani przebiegu czy wręcz nastąpienia konkretnych zdarzeń. Jednak dopuszczenie dużego stopnia ogólności pozwala politologowi jeszcze mocniej utwierdzić czytelnika w przekonaniu, że logika jest jak najbardziej słuszne; że geopolityczna prognoza musi się spełnić, gdyż jest „jedyną logiczną możliwością”. Wracając do analogii z partią szachów – nie można stwierdzić, w którym ruchu i na jakie pole gracz wprowadzi skoczka. Wiadomo jednak gdzie ma on największą siłę rażenia i że jego użycie jest w zasadzie niezbędne do zwycięstwa. Czy nie budzi to jednak podejrzeń w badaczach przyszłości?

FUTUROLOGIA JAKO “SZTUKA LOGICZNEGO WNIOSKOWANIA”

Na pierwszy rzut oka argumenty, które przemawiają za metodą geopolityczną brzmią przekonująco. Diabeł tkwi – jak zwykle – w szczegółach. Oczywiste wątpliwości Friedman rozwiewa błyskawicznie, najczęściej sięgając do argumentu geograficznego lub demograficznego. W ten sposób autor argumentuje, dlaczego w swej pracy nie poświęca uwagi Chinom, Indiom, czy Brazylii. Śmiały gest, kiedy cały świat snuje scenariusze Pax Sinica i konfrontacji chińsko-amerykańskich.

Friedman wypada gorzej wtedy, kiedy atlas geograficzny przestaje dostarczać prostych odpowiedzi. Wtedy często ucieka się do przykładów historycznych, wyszukując w nich trendów, czy też cykli, które mogą ugruntować jego prognozę. Nie stroni przy tym od uproszczeń – na przykład opisując „pięćdziesięcioletni cykl zmiany polityki USA” Friedman zamyka bogactwo skomplikowanych procesów społecznych w zaledwie kilku zdaniach. Ponadto nie przytacza on żadnego dowodu, czy choćby poszlaki, przemawiającej za tym, że odnotowane w historii trendy powtórzą się w przyszłości. Wprost przeciwnie – z rozbrajającą szczerością przyznaje, że pięćdziesięcioletni cykl USA nie ma do tej pory żadnego wytłumaczenia, ale jak na razie świetnie się sprawdza. Przypomina to znane z teorii spiskowych dobieranie faktów pod tezę.

Mówiąc o XXI wieku nie sposób pominąć wpływu nowoczesnych technologii na dzieje świata. „Znając aktualne możliwości technologiczne, nietrudno przewidzieć czego doświadczymy za sto lat” – mówi Friedman i od razu sypie garściami przykładów z historii w postaci logicznych implikacji: np. od czasu wynalezienia dynamitu wiadomo było, że będzie rozwijać się broń prochowa; siła rażenia ładunków wybuchowych będzie wzrastać, aż w końcu powstanie bomba atomowa. Jednak rozwój technologii łatwo przewidywać jedynie przy założeniu, że w interesującym badacza okresie nie dojdzie do żadnej rewolucji technologicznej czy naukowej! Inaczej musielibyśmy uznać, że relatywistyczna rewolucja Einsteina oraz prace Oppenheimera, Feynmanna i innych fizyków w Los Alamos były tylko dziejową koniecznością, oczywistą konsekwencją patentu Alfreda Nobla! Co więcej – jak można tak lekkomyślnie podchodzić do kwestii przyszłych technologii, skoro coraz bardziej powszechny staje się pogląd, że w XXI wieku doświadczymy nadejścia osobliwości technologicznej (singularity), po której jakiekolwiek przewidywania dalszych losów świata, a w szczególności rozwoju technologicznego, w zasadzie przestają mieć sens. A biorąc pod uwagę możliwość wystąpienia tak zwanych “dzikich kart” – wydarzeń o bardzo niskim prawdopodobieństwie wystąpienia i bardzo wysokim, potencjalnym wpływie, stanowisko Friedmana względem łatwości przewidywania trendów traci na wiarygodności. 

Friedman nie bierze tych faktów pod uwagę (co jest zresztą znamienne) i snuje swą fantastycznonaukową baśń z pozycji geopolitycznego guru. Oczywiście raz na jakiś czas przyzna, że nie może być pewny szczegółów – jednak już po chwili opisuje detale wydarzeń i technologii z jeszcze większą werwą, pod pozorem „lepszego zobrazowania czytelnikowi możliwej przyszłości”. Fantazmatyczna dezynwoltura sięga zenitu w opisie Trzeciej Wojny Światowej. Friedman wie – po prostu wie! -, że kluczową rolę odegrają w niej zrobotyzowane pancerze wspomagające, orbitalne stacje bojowe (nazywane przez Friedmana „gwiazdami bojowymi”, dla czego wystarczającym powodem jest fakt, że ta nazwa mi się podoba”), osiągające prędkości ponad 20 machówhiperdźwiękowe drony w oraz mikrofalowa technologia transferu energii elektrycznej pozyskiwanej z paneli solarnych umieszczonych na orbicie – niezbędna do zasilenia tego całego high-techowego arsenału.

“Nie piszę scenariusza serialu Battlestar Galactica– zarzeka się Friedman. Czy jednak pozwalając sobie na tak wiele twórczej swobody nie zaprzepaszcza całkowicie słuszności wywodu? Skoro dominujący wpływ na losy nowej wojny mają mieć bronie nafaszerowane elektroniką, to czy do ich zniszczenia nie wystarczy … impuls elektromagnetyczny? O tej możliwości założyciel STRATFORu i znawca wojskowości nie wspomina ani jednym słowem.

Tu na jaw wychodzi główny grzech całego friedmanowskiego prognozowania. Jeśli coś budzi wątpliwości, nie zgadza się z ogólną wizją, zaburza jej atrakcyjność – to lepiej o tym nie pisać. Co nam to mówi o Następnych 100 latach? Że książkę Friedmana należy traktować raczej jako ciekawy pomysł na zdobycie rozgłosu, niż rzetelną, naukową analizę. Fakt, że Friedman poszedł za ciosem i w 2011 roku wydał książkę The next decade (stanowiąca rozwinięcie wątków z Next 100 years) nasuwa na myśl pewne wnioski.

Być może to zbyt surowa opinia. Jednak wystarczy posłuchać jednego z wielu wywiadów z Georgem Friedmanem, by przekonać się, że nie stroni on PR-owych zagrywek, że niewiele w nim z naukowca, za to sporo z autora czytadeł do pociągu, zachwalającego swoje ostatnie bestsellery. Maksymalnie upraszcza i przerysowuje przekaz tak, by był on atrakcyjny dla potencjalnego czytelnika. Wywiady w specjalistycznych audycjach Friedman traktuje jako darmową reklamę.

CZYTAĆ CZY NIE CZYTAĆ?

Czy wobec wszystkich niedostatków Następnych 100 lat, warto po nie sięgać? Zależy czego czytelnik spodziewa się po lekturze. Niewątpliwie jest to ciekawa pozycja. Można dzięki niej poznać narzędzia analityczne używane w geopolityce – Friedman sięga zresztą na początku książki kilkaset lat wstecz, aby zobrazować czytelnikowi geopolityczne procesy oraz przedstawić rządzącą nimi logikę. Dzieje świata, poddane takiej analizie prezentują się pasjonująco, choć jest to raczej ćwiczenie intelektualne, niż rzetelne badanie.

Natomiast pod względem futurologicznym książka Friedmana wypada marnie i nie jest w stanie obronić się jako wiarygodna, profesjonalna prognoza. Przedstawiony scenariusz jest spójny i logiczny na swoich własnych prawach i mógłby być dobrym punktem odniesienia dla innych wizji przyszłości. Niestety chyba nie to było celem jego twórcy.

Na koniec kusi mnie, by postawić jeszcze jedno pytanie: skoro możliwe jest stworzenie wartościowej prognozy na całe stulecie, to czemu nie pójść za ciosem i nie podjąć próby stworzenia prognozy na kolejne dwieście, pięćset, a może i tysiąc lat? Przecież do jej wykonania wystarczy jedynie żelazna logika i najnowsza wersja atlasu geograficznego…